Śnieg w maju? Co z globalnym ociepleniem? „Dowody są niezaprzeczalne” [WYWIAD]

Jest zwolennikiem faktu istnienia współczesnej zmiany klimatu, objawianej w ocieplaniu się świata, zakwaszaniu oceanów i naruszeniu równowagi lądolodów. Dr Janusz Filipiak, kierownik Zakładu Meteorologii i Klimatologii Instytutu Geografii UG oraz pracownik IMGW-PIB, w rozmowie z PAP przyznał, że to ludzkość jest winna ociepleniu klimatu.

PAP: Czy to jest normalne, że pod koniec maja w Koszalinie i okolicach spadł śnieg?

Dr Janusz Filipiak: Żartobliwie można stwierdzić, że wystąpienie określonych warunków pogodowych i w ich obrębie konkretnych zjawisk meteorologicznych nie jest ustawowo zastrzeżone w odniesieniu tylko do danej pory roku. Mamy do czynienia z atmosferą – bardzo dynamicznym środowiskiem, reagującym w sposób, który dla wielu jest typowo spontaniczny, ale faktycznie jest ściśle definiowany prawami fizyki jako reakcja na sygnały i bodźce płynące od innych komponentów systemu przyrodniczego i dodatkowo dysponuje swoją własną wewnętrzną zmiennością. Jesteśmy rzecz jasna przyzwyczajeni do bardziej czy mniej typowego przebiegu zjawisk pogodowych. Dodatkowo, wzmaga się w nas przekonanie, że w dobie globalnego ocieplenia takie sytuacje, jak wspomniana, są wykluczone. Tak, jak jednak dawniej, tak i obecnie nie możemy zamykać naszej świadomości na wystąpienia zjawisk odbiegających od normy klimatologicznej. To, co zaszło w Koszalinie na pewno do typowych nie zaliczymy, lecz uznajmy, że prawdopodobieństwo jego wystąpienia nie było zerowe.

PAP: Mówi pan o ociepleniu klimatu. Jak on się zmienia?

dr Janusz Filipiak: Zmianie nie podlega jednak tylko i wyłącznie ten jeden najczęściej wspominany element meteorologiczny, którym jest temperatura powietrza. O nim jest oczywiście najgłośniej, a rosnący systematycznie trend wartości tego elementu doczekał się konkretnego określenia „globalne ocieplenie”. Zmiana w funkcjonowaniu całego systemu klimatycznego jest o tyle bardziej złożona, że globalne ocieplenie możemy w zasadzie uważać jedynie za jeden z rozlicznych przejawów tego, czego doświadcza cały system. Wraz z ocieplaniem się najniższej części atmosfery, to jest dolnej części warstwy zwanej troposferą, okazuje się, że część wyższej, zwanej stratosferą, położona nad strefą umiarkowanych szerokości geograficznych na wysokości od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów ulega dostrzegalnemu ochłodzeniu. Tempo wzrostu temperatury powietrza nie jest jednakowe na całym świecie. Szybciej ociepla się atmosfera nad lądami, aniżeli nad oceanami. Co gorsza, istnieją już niezaprzeczalne dowody na obecność tego dodatniego sygnału termicznego w oceanach. Ociepla się przede wszystkim górna warstwa wód oceanicznych, gdyż to właśnie ocean przejmuje na siebie rolę odbiornika ogromnej nadwyżki energii zaistniałej w systemie klimatycznym. Skoro ją absorbuje, to nieuniknione jest jego ocieplanie się. Co jednak ważniejsze, tak jak niegdyś będąc dziećmi z przekory majstrowaliśmy z termometrem lekarskim, żeby udowodnić rodzicom, że wzrost słupka rtęci w nim to oznaka naszej straszliwej gorączki (co miało oczywiście doprowadzić do niepójścia do szkoły), to mówiąc kolokwialnie woda oceaniczna też sięga po ten sam schemat – stając się coraz cieplejszą, jednocześnie rozszerza się. Pobudki działania wody w oceanie nie są jednak tak zabawne.

PAP: Jakie to może nieść za sobą skutki?

dr Janusz Filipiak: Jeżeli tej wody robi się coraz więcej, to nic dziwnego, że systematycznie doświadczamy wzrostu poziomu morza. I to na całym świecie, a ze szczególnym niepokojem proces ten obserwują mieszańcy nisko wyniesionych obszarów nadmorskich, w tym wielu małych krajów wyspiarskich. Podnoszący się poziom morza należy także wziąć pod uwagę przy okazji rozważania wysokości, do której mogą sięgać spiętrzenia sztormowe przy brzegach – jeżeli sztormy „startują” z coraz wyższego poziomu, to również i będą sięgać odpowiednio wyżej, a może też i dalej, odpowiednio głębiej w ląd penetrując wybrzeża nisko położone. To wszystko ukazuje pokrótce złożoność systemu tylko w odniesieniu do temperatury. Jej wzrost dodatkowo jednak implikuje reżim hydrologiczny. Cieplejsza atmosfera przyspiesza parowanie, ale czy ma to się jednoznacznie przekładać także i na wzrost sum opadów atmosferycznych? Niekoniecznie. Coraz cieplejsza atmosfera oznacza bowiem wzrost wartości ciśnienia pary wodnej (tzw. prężności pary) w której dochodzi do jej kondensacji. Jeżeli parowanie „nie dogoni” temperatury, to warunki do powstawania chmur i tworzenia się opadów ulegną niejako destabilizacji.

PAP: Jaki to będzie miało wpływ na ziemię?

dr Janusz Filipiak: Już obecnie doświadczamy w Polsce do wydłużania się okresów pomiędzy poszczególnymi incydentami opadowymi w trakcie ciepłej pory roku. Za to po takim, niekiedy nawet przydługim, okresie posusznym, mamy do czynienia z gwałtownymi opadami o wydajności przekraczającej możliwości środowiska, już mniejsza czy tylko przyrodniczego, czy tego związanego ściśle z człowiekiem (miasta), do przyjęcia i efektywnego zagospodarowania takiego opadu. Kolejne informacje na temat innych elementów środowiska przyrodniczego można mnożyć, niestety, bardzo obficie i to nie powtarzając się. Jedno jest jednak jeszcze kluczowe – to są elementy jednego konkretnego systemu naszej planety, ściśle współdziałające ze sobą. Zmiana jednego, bądź dwóch takich składowych powoduje wytrącenie całego systemu ze stanu dynamicznej równowagi.

PAP: Co w takim razie jest przyczyną globalnego ocieplenia klimatu?

dr Janusz Filipiak: Na akcie oskarżenia wystarczy, że pojawi się w zasadzie tylko jedno słowo – ludzkość.

PAP: To brutalne stwierdzenie.

dr Janusz Filipiak: W zeszłorocznym dziele Pierwszej Grupy Roboczej Międzyrządowego Panelu ds. Zmiany Klimatu poświęconym podstawom fizycznym tej zmiany, czyli tzw. Szóstym Raporcie Oceny (Wkład Pierwszej Grupy Roboczej do Szóstego Raportu Oceny, AR6) na samym wstępie mamy zdanie „Jest bezdyskusyjne, że działalność człowieka ogrzała atmosferę, oceany i lądy” . Uzasadnienie oskarżenia wymaga jednak rzecz jasna czegoś więcej. Obiektywnej i wszechstronnej krytyce poddano więc szereg dowodów i twierdzeń w przedmiotowej sprawie. Wszystko po to, by uniknąć modnych posądzeń wręcz o dogmatyczność i niepodważalność twierdzeń. W przeszłości nie każda opinia panelu była tak absolutnie jednoznacznie poparta dowodami. Aby dodatkowo ukazać do jakiego stopnia jesteśmy jako środowisko naukowe przekonani o różnych faktach, stopień pewności każdego ze stwierdzeń wyrażany jest za pomocą odpowiedniego kwalifikatora (od bardzo niskiego po bardzo wysoki). Podobnie też wyrażane jest prawdopodobieństwo wystąpienia określonego skutku bądź rezultatu – od praktycznie pewnego po skrajnie nieprawdopodobny. Wszystko po to, aby uświadomić ciągle obecną niepewność co do przebiegu pewnych faktów i zjawisk. Nauka ma swoje ograniczenia i o tym także trzeba informować. Wszystko ma swoje granice, w tym też umiejętności naukowców – to tak jak z prognozami. Jesteśmy coraz lepsi w rozumieniu złożoności zjawisk, lecz stale potrzebujemy nowych informacji, aby doskonalić metody działania. To oczywiście stanowi impuls do rozwoju – odkrywanie nowych obszarów badawczych, kreowania nowych idei. Wspomniana bezdyskusyjność to nie przejaw absolutu w nauce, ale faktu, że argumentów po stronie przeciwnej po prostu brakuje. Argumentów rzecz jasna naukowych, populistom ich nigdy nie zabraknie, ale ich jakość jest po prostu żadna.

PAP: Skoro mamy globalne ocieplenie, to czy możemy stwierdzić, że będzie już tylko cieplej?

dr Janusz Filipiak: Teoria globalnego ocieplenia jest bardzo daleka od głoszenia tez typu „od teraz będzie tylko i wyłącznie” cieplej. Nic podobnego. Stwierdzony ponad wszelką wątpliwość wzrost globalnej temperatury powierzchniowej Ziemi, manifestowany bardziej czy mniej w poszczególnych jej regionach, obejmuje również zjawiska krótkotrwałego spadku temperatury powietrza i to w pewnych momentach znaczącego i silnie odczuwalnego. Mam jednak wrażenie, że ta odczuwalność chłodu jest tym większa, im dana osoba bardziej aktywnie na różnych forach wygłasza opinie podważające fakt istnienia doświadczanego obecnie radykalnego wzrostu temperatury całego globu. Dowody empiryczne są jednak niezaprzeczalne. Przyznaję, jestem zdecydowanym zwolennikiem faktu istnienia współczesnej zmiany klimatu, objawianej właśnie w ocieplaniu się świata, zmianie reżimu opadowego, zakwaszaniu oceanów, czy naruszeniu równowagi lądolodów. I jestem równie mocno przekonany, że to działalność człowieka stanowi jej fundamentalne paliwo. Analizuję literaturę, krytycznie podchodzę do słyszanych w mediach informacji. Jestem jednak daleki od czegoś, co można by określić chyba mianem ”fundamentalizmu klimatycznego” , czyli nie do końca rozumnego powtarzania jak mantry o konieczności przewartościowania całego życia wszystkich przedstawicieli ludzkości w kontekście nieuchronnej katastrofy o dacie niemalże już pewnej. Sytuacja jest naprawdę poważna, wymaga konsekwentnych zabiegów adaptacyjnych i łagodzących, lecz u podstaw wszystkiego winna leżeć wiedza, nie emocje.

PAP: Co zatem należy robić?

dr Janusz Filipiak: Jeżeli obiektywne źródła informacji naukowej przedstawiają taki, a nie innych obraz, to należy o takim fakcie za wszelką cenę informować na jak najszerszą skalę opinię publiczną i politycznych decydentów, wyjaśniać, w czym rzecz i jak próbować działać. Drąc szaty na ołtarzu źle rozumianej ofiarności środowiskowej można niestety całkowicie inny rezultat osiągnąć od zamierzonego – mianowicie zniechęcić społeczeństwo do tematu. W tym kontekście chylę czoła przed wszystkimi koleżankami i kolegami po fachu, którzy właśnie taką spokojną politykę informacyjną, opartą na wyjaśnianiu, nie straszeniu lub demonizowaniu, co bardziej pikantnych szczegółów, prowadzą w różnych krajach świata – i globalnie, i lokalnie. Inicjatywą na naszym rodzimym podwórku zasługującą na wszelkie honory jest działalność portalu www.naukaoklimacie.pl, której uczestnicy w osobach prominentnych i konsekwentnych naukowców, wiodących autorytetów w zakresie nauki o klimacie tak właśnie robią. Wspominając o szanownych koleżankach i kolegach skoncentrowanych przy tej inicjatywie jest mi miło, że bardzo cenią sobie oni także naukowy konsensus w interdyscyplinarnych aspektach, starając się jak najściślej współpracować z różnymi ośrodkami naukowymi, w tym z dwiema instytucjami najbliższymi mojemu sercu, to jest Uniwersytetem Gdańskim i Instytutem Meteorologii i Gospodarki Wodnej Państwowym Instytutem Badawczym. Zwłaszcza ta druga instytucja ma kolosalne znaczenie w dziedzinie nazwałbym ”orzekania”: w sprawach istnienia zmiany i zmienności klimatu Polski. IMGW-PIB jest bowiem jedynym w kraju źródłem informacji o stanie klimatu Polski oraz o jego dynamice. Od 1919 roku prowadzimy bowiem jako polska narodowa służba hydrologiczno-meteorologiczna systematyczny monitoring klimatu.

PAP: Skoro nie możemy mówić, że będzie już tylko cieplej, to czy możemy powiedzieć, że czeka nas wzrost średnich rocznych temperatur?

dr Janusz Filipiak: Z wielką dozą pewności i zwłaszcza w odniesieniu do tej najbliższej przyszłości mogę odpowiedzieć, że tak. Co do bardziej odległego czasu – należy podejść już z większą ostrożnością. Ma to bowiem związek z podejmowanymi w ramach międzynarodowego dialogu klimatycznego decyzjami na rzecz ograniczania współczesnej zmiany klimatu. Nie jestem, podobnie jak każdy inny zainteresowany, w stanie powiedzieć na ile zdeterminowani będą politycy, finansiści, przedsiębiorcy, czy po prostu zwykli obywatele w poszczególnych regionach świata, aby trwale podejmować wyzwania, z którymi wiąże się walka ze zmianą klimatu. Od jakości środków zaradczych i skuteczności ich wdrażania będzie zależeć to, czego doświadczy system klimatyczny. Na chwilę obecną jednak, brakuje niestety mi twardych argumentów, aby ogłaszać widniejące nawet w dalekim horyzoncie czasowym zapanowanie nad niekorzystnymi zmianami. Poćwierkują o tym jednak nieśmiało gdzieś ukryte w gałęziach drzew z jeszcze zielonymi liśćmi małe ptaszki pilnie nasłuchujące wiadomości z różnych stron świata. Nie mam więc na razie podstaw do czegoś innego niż ten wyrażony wstępnie pesymizm co do kierunku zmian – i w kontekście okresu do 2030 roku, jak też przykładowo 2100. Nie jest to jednak tak, że jakaś zmiana negatywna dokona się skokowo, tu i teraz. To jest proces, on trwa, a będzie zauważalny przykładowo w stale pogarszających się warunkach życia, działań rolniczych, obecności poszczególnych gatunków roślin i zwierząt w ich dotychczas naturalnym środowisku itd. Zmiany będą następować nie zawsze w pełni dla nas zauważalnie, lecz konsekwentnie. I tego można obawiać się najbardziej. Dopóki nie ma spektakularnej katastrofy, to społeczeństwo nie przyjmuje na poważnie faktów. Zwłaszcza, gdy sceptycy klimatyczni niekiedy wyposażeni w donośne megafony nawołują do negowania tego co naukowo wartościowe, podsuwając jednocześnie swoje proste, zdaje się niebywale spójne i racjonalne teoryjki.

PAP: Jaki wpływ na środowisko będzie miał wzrost średnich rocznych temperatur?

dr Janusz Filipiak: Na ten temat też doczekaliśmy się nie lada opasłych dzieł, w których jednak każde słowo jest warte druku. Za każdym prognozowanym skutkiem tego, czego doświadcza system przyrodniczy kryje się to co najważniejsze – obserwacja oraz wnikliwa interpretacja. Wnioski nie biorą się z niczego. Wpływ zjawisk obecnych w systemie klimatycznym na środowisko będzie niestety rosnąć tak dalece, jak bardzo posunie się współczesna zmiana klimatu. Nie pozostanie wiele znanych nam miejsc, które nie doświadczą bardziej czy mniej posuniętych zmian. A to, że są one obecne już teraz świadczą liczne doniesienia nie tylko ze świata nauki. Wystarczy zajrzeć do powszechnie dostępnych kanałów społecznościowych, aby zapoznać się z obrazami porównującymi przeszłość różnych miejsc i ich teraźniejszość – jak zmienia się to, co dostrzegalne gołym okiem, jak np. widok lodowców alpejskich wieki temu i teraz. Bardziej niepokojące zdają się jednak być zmiany ukryte, niedostrzegalne w łatwy sposób. Trudno jest nam uwierzyć w coś, czego nie widzimy. Negowanie jednak faktu zmiany może doprowadzić nas do stanu ujawnienia dopiero bardzo poważnego stanu rzeczy.

PAP: To czego nie widzimy?

dr Janusz Filipiak: Za przykład mogą posłużyć zjawiska obecne w wodach oceanicznych, lecz ukryte pod ich powierzchnią – postępujące zakwaszenie oceanu, wywołane rozpuszczaniem ogromnej porcji dwutlenku węgla w wodzie oraz podmywanie lądolodu Antarktydy Zachodniej przez coraz cieplejsze wody Oceanu Południowego. Trzeba wyrafinowanych metod analizy, aby w ogóle dostrzec tego typu zagrożenia. W dalszej kolejności trzeba wielkiej determinacji, aby je odpowiednio zinterpretować i o nich informować. Za najbardziej ryzykowne należy chyba uznać, że szereg efektów nie tylko się nasila, lecz prowadzi do nieodwracalnych zmian środowiskowych. To o czym warto w kontekście wpływu zmiany klimatu wspomnieć, to również aspekt ekstremów pogodowych i klimatycznych. Już obecnie mamy szereg dowodów na to, jaka niepokojąca jest odpowiedź systemu w tym kontekście, a konkretnie przejawiająca się zwiększaniem liczby takich zjawisk, wzrostem ich natężenia, bądź i tego pierwszego, i drugiego.

Rozmawiał: Piotr Mirowicz

dr Janusz Filipiak jest kierownikiem Zakładu Meteorologii i Klimatologii Instytutu Geografii Uniwersytetu Gdańskiego oraz międzynarodowym doradcą Stałego Przedstawiciela Polski przy WMO w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej Państwowym Instytucie Badawczym. Jego zainteresowania naukowe obejmują klimatologię historyczną, zmianę i zmienność klimatu oraz przyczyny i implikacje procesu międzynarodowych negocjacji klimatycznych, w ramach tego ostatniego zagadnienia był członkiem polskich delegacji w spotkaniach realizowanych pod Ramową Konwencją Narodów Zjednoczonych ds. Zmiany Klimatu (UNFCCC).

Your email address will not be published.